Free Lock Pick Guide with every order. See what our customers say

Free Shipping for UK orders* Learn more

Najgorsze włamanie w historii!

The Worst Break-In Ever!

Chris Dangerfield |

Najgorsze włamanie w historii!

„Co jest najpiękniejszą rzeczą?” – zapytał kiedyś ktoś wielkiego dramatopisarza George’a Bernarda Shawa. „Młodość jest najpiękniejszą rzeczą na tym świecie” – odpowiedział – „…i jaka szkoda, że ​​musi być marnowana na dzieci”.

Dopóki jesteś stosunkowo młody, będziesz mieć problem ze zrozumieniem tego cytatu. Kwestia nie dostrzegania lasu przez drzewa lub opowiadania rybie o wodzie, tak czy inaczej, gdy masz pod dostatkiem dobrych rzeczy, bardzo trudno jest zrozumieć życie bez nich.

A jednak, gdy przyglądam się mojej młodości, musującym romansom, marzeniom i złudzeniom, bardziej uderzają mnie porażki niż sukcesy, bardziej piękne katastrofy niż osiągnięcia. Być może jest to skłonność do negatywizmu, a może dlatego, że trąbienie o sobie jest ciekawsze dla słuchaczy, gdy uderza się w słabą nutę.

Jedna z takich negatywnych nut rozbrzmiała nad polami Festiwalu Glastonbury w 1992 r., kiedy to ja i kilku przyjaciół postanowiliśmy odrzucić wygórowaną cenę biletu wynoszącą 120 funtów i wspiąć się na DWA ogrodzenia otaczające cały festiwal.

Stonehenge – miejsce, w którym impreza się zaczęła i gdzie powinna się skończyć.

Trochę historii jest tutaj niezbędne, pomoże to nadać opowieści niezbędną „substancję”, że tak powiem. Byłem młody, byłem pełen energii. Byłem pełen toksyn, byłem pełen toksyn. Imprezowaliśmy już od około 10 dni, tydzień lub dwa wcześniej pojechaliśmy na festiwal Stonehenge. Ledwo przespałem ponad tydzień, a jedyne rzeczy, które przeszły mi przez usta, to albo piwo typu lager, albo nielegalne. Powiedzieć, że moje myślenie było skrzywione, to mało powiedziane, w pewnym momencie nawet napisałem swoje imię na grzbiecie dłoni, na wszelki wypadek.

Duch Festiwalu Glastonbury - dwa ogromne ogrodzenia i wieża strażnicza.

Więc my troje znaleźliśmy się między dwoma płotami. „Ziemia niczyja” ochrony Glastonbury. To już było dziwne, ponieważ nie miałem absolutnie żadnych wspomnień z wspinania się na pierwszy płot. A te płoty nie są małe, mają około 4 metrów wysokości, czysta stal, bez niczego, czego można by się chwycić. To, że my troje dotarliśmy do połowy, nie zdając sobie z tego sprawy, było niesamowite. I wszyscy świętowaliśmy przy drinku i papierosie, a muzyka na żywo w tle motywowała nas.

Nagle pojawił się samochód terenowy – jakieś 80 metrów dalej, po lewej stronie. To nie było niczym niezwykłym, ale gdyby nas zobaczyli, zostalibyśmy zabrani, odwiezieni do wyjścia i porzuceni. Nie było to idealne, więc we trójkę pobiegliśmy w przeciwnym kierunku. To było jak scena z Wielkiej ucieczki, kiedy Steve McQueen – on również między dwoma płotami – pędził na swoim motocyklu, szukając odpowiedniego momentu – i okazji – żeby przeskoczyć drugi płot. Było bardzo podobnie, tylko bez motocykla i nas trzech, potykających się i wpadających na siebie.

Steve McQueen w Wielkiej ucieczce.

4X4 było już jakieś 50 metrów dalej. Musieli nas widzieć. Niewerbalnie – tylko wyraz absolutnego strachu i potencjalnej porażki na naszych twarzach – uzgodniliśmy, że MUSIMY ruszyć, musimy jakoś wspiąć się na drugi płot i dostać się na festiwal. Jeśli nie dostaniemy się teraz, na pewno będziemy w kropce.

Młodość marnowana wśród młodych na Festiwalu w Glastonbury.

Więc możecie sobie wyobrazić nasze zdumienie, gdy lina przeleciała przez płot, aż do końca. Lina z ogromnym węzłem co metr lub dwa i stalowym pazurem na jednym końcu. W takich momentach można łatwo zacząć wierzyć w interwencyjnego Boga.

Szybko zabrałem się za przeciąganie pazura przez płot, szarpnąłem za linę, żeby sprawdzić, czy jest dobrze zamocowana i odważnie… zasugerowałem mojemu przyjacielowi Neilowi, żeby poszedł pierwszy. Po kilku sekundach był już na miejscu, a za nim Ben. To było niesamowite. Złapałem linę, 4x4 teraz jakieś 10 metrów dalej, ciągnąłem i wchodziłem, ciągnąłem i wchodziłem, zanim dotarłem na szczyt i zeskoczyłem dość długą drogą w dół, a drabina linowa wylądowała obok mnie.

Dźwięki setek tysięcy ludzi bawiących się zaledwie kilka metrów dalej motywowały nas do działania.

Gdy już się zorientowałem, zobaczyłem Neila i Bena, a także kilka innych osób. I drogę, i sklepik na rogu. To nie był festiwal Glastonbury. To było miasto. Tak, jakoś udało nam się trzem WYDOSTAĆ z festiwalu.

„Dziękujemy za przyniesienie naszej liny” powiedziało jedno z dzieci.

„Nie ma problemu” powiedziałem.

Wizyta Chrisa Dangerfielda.